Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Post zamawiany. Pokaż wszystkie posty

O herbacie. | Sałatka brokułowa.


Cooking with Yellow Dog.


Dwa tygodnie temu, 16 marca, uczestniczyłam w warsztatach kulinarnych w restauracji Yellow Dog w Krakowie. Tematem marcowych spotkań serii warsztatowej "Cooking with Yellow Dog" były azjatyckie zupy. W ciągu czterogodzinnego spotkania przygotowaliśmy 3 zupy: WONTON, TOM YUM i LAKSĘ. Po ugotowaniu każdej z nich zasiadaliśmy do stołu i spożywaliśmy nasze dzieła. Ale zacznijmy od początku...

Yellow Dog we własnej osobie :)

Warsztaty miały się zacząć o 9 rano. Jadąc na ulicę Krupniczą w tramwaju myślałam o tym jak będzie. A było super. :) Na udział w warsztatach zdecydowałam się, ponieważ kuchnia Dalekiego Wschodu jest mi całkowicie obca i stwierdziłam, że nigdzie nie dowiem się tyle, co z azjatyckiego źródła. Yellow Dog to bowiem nie tylko nazwa restauracji, ale przede wszystkim pseudonim jej właściciela i szefa kuchni. Jest Singapurczykiem, który z niezwykłym sentymentem i nostalgią w głosie opowiadał o tym jak m.in. jego mama 'rozgotowuje' wszelkie ryby, owoce morza i jarzyny w zupach, bo wychodzi z założenia, że wtedy oddają więcej smaku :) Niezwykle przyjemnie pracowało się pod jego czujnym okiem. Zupy gotowaliśmy w parach, a następnie zjadaliśmy nasze twory. Yellow Dog lawirował między naszymi stanowiskami, zaglądał w nasze garnki, sprawdzał smak zup, doradzał czego dodać więcej. Zupy moje i mojej warsztatowej partnerki bardzo mu smakowały. Mówił, że nie są tak ostre jak być powinny, ale że smaki są wyraźne, dobrze wyważone i że są naprawdę bardzo smaczne, co skutecznie łechtało nasze kuchenne ego. :)

Tworzy się farsz do pierożków :)

Kucharzenie zaczęliśmy od Wonton. Zupa prosta, nieskomplikowana, ale smaku dodają jej pierożki, które samodzielnie lepiliśmy. Do ugotowanego dla nas wcześniej wywaru dodaliśmy sos sojowy i ostrygowy oraz olej sezamowy, a na gotującą się zupę wrzucaliśmy pierożki z farszem z kurczaka, gotowaliśmy kilka minut i serwowaliśmy do miseczek. Ciekawy początek kulinarnej przygody azjatyckiej :)

Lepię pierożki do Wonton


Druga była Tom Yum. Nieco bardziej rozbudowany smak, ale tak samo prosta w przygotowaniu. Muszę się także w tym miejscu przyznać, że wtedy po raz pierwszy w życiu miałam do czynienia z surowymi krewetkami. Takimi z oczkami, wąsami i pancerzykami ;) Co do samej zupy, można z niej było wyłowić kawałki kurczaka, kalmary, wspomniane wcześniej krewetki, trawę cytrynową i liście limonki, kawałki pomidorów, galangal, chili, kolendra. Ze wszystkich trzech zup, ta smakowała mi najbardziej :)


Jako ostatnią gotowaliśmy Laksę. Przyznam szczerze, że była smaczna, ale może smakowałaby mi bardziej, gdybym nie wiedziała na czym się opiera ;) Podstawą zupy były krewetki. I kiedy mówię krewetki muszę zaznaczyć, że chodziło o CAŁOŚĆ krewetek ;) Najpierw obieraliśmy je z pancerzyków, na bazie których stworzyliśmy pastę. Pancerzyki razem z główkami smażyliśmy na oleju m.in. z posiekanym imbirem, trawą cytrynową, szalotką, cebulą, chili i suszonymi krewetkami. Brzmi nieźle, prawda? To wyobraźcie sobie, że wszystko to razem było później zmiksowane. Tak tak, pancerzyki i główki też! Zmiksowaną pastę smażyliśmy później do uzyskania wręcz brunatnego koloru (myślałyśmy, że ją spaliłyśmy, więc wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, kiedy usłyszałyśmy 'o właśnie o taki kolor chodzi! możecie dodawać bulion!' ;) ), zalałyśmy bulionem, dodałyśmy swoją porcję mleka kokosowego, a następnie dodałyśmy krewetki, kolendrę, kawałek tofu i liście laksy. Zupę jedliśmy z makaronem ryżowym. I naprawdę mogłaby być na 5 z +, gdyby nie to, że na języku czuć było kawałki tych nieszczęsnych pancerzyków ;)



Ogólnie warsztaty były naprawdę fajne i w kwietniu mam zamiar wybrać się na zajęcia nudlowe ;) Atmosfera była luźna, podobało mi się to, że każdy mieszał w swoich garnkach i miał możliwość ugotowania czegoś naprawdę, a nie tylko obserwowania. Każdy z nas dostał fartuch i swoją prywatną łyżeczkę do testowania smaku, nikt nie miał problemu z próbowaniem czegoś z jednej miski. Do degustacji serwowane było specjalnie dobrane wino, a rozmowy kleiły się nadzwyczaj dobrze.  Swoją drogą czas przejść się do Yellow Doga jako standardowy klient i wypróbować kilku pozycji z menu :) Możecie się więc spodziewać jakiejś relacji i recenzji samej restauracji :) Jeśli będziecie z wizytą w Krakowie, zaglądnijcie na Krupniczą do Yellow Doga, na pewno nie pożałujecie, bo w potrawy tam gotowane wkładane jest serce i mnóstwo umiejętności :) Zresztą nawet my usłyszeliśmy, że gotowanie polega na smakowaniu, próbowaniu. Bez tego nie ma dobrego gotowania ;)


Mini serniczki z żurawiną


Placuszki z serem ricotta

Uwielbiam wszelakie placuszki i naleśniki śniadaniowe. Są sycące i smaczne. Mogą być podawane z wszelakimi dodatkami: z syropami, miodem, owocami, sosem czekoladowym lub po prostu oprószone cukrem pudrem. W sieci kilka razy natknęłam się na placki na serku ricotta. Zachwytom nad nimi nie było końca, więc, pomimo braku jakiejś szczególnej przyjaźni między mną a tymże serem, postanowiłam je w końcu przyrządzić. I co mogę o nich powiedzieć? Są niezwykle puszyste i lekkie. O delikatnej konsystencji sernika. Jednak przeszkadza mi w nich mączny posmak. Nie wiem czy to wina ricotty, czy samej mąki, choć tej drugiej akurat nie ma w nich wiele. Uczucia mam mieszane, więc żeby się upewnić co do tego, czy się polubimy czy nie, zrobię je jeszcze raz ;) I wtedy będę mogła się ostatecznie określić, czy jestem na tak, czy na nie. ;)


Placuszki z serem ricotta i syropem truskawkowym Paola
Składniki (na ok. 10-12 placuszków):
  • 130 g serka ricotta
  • ok 60 ml mleka
  • 1 jajko
  • 50 g mąki
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • syrop truskawkowy (lub o innym smaku) Paola do podania
  • cukier puder do oprószenia
  • olej rzepakowy do smażenia

Sposób przygotowania:
Żółtko oddzielić od białka. Zmiksować dokładnie ricottę z mlekiem i żółtkiem, a następnie dodać mąkę i proszek do pieczenia i delikatnie wymieszać. Białko ubić na sztywną pianę i dodać do masy serowej. Na patelni rozgrzać olej i nakładać porcje ciasta łyżką. Smażyć obustronnie do uzyskania złocistego koloru. Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem i polać syropem.

SMACZNEGO!


Wyniki konkursu z Paolą :)

Moi Drodzy :) Zgłoszeń do konkursu było co prawda niewiele, ale te, które się pojawiły, pozwoliły mi się przenieść myślami do Waszych czasów dzieciństwa. Tak jak się spodziewałam, w większości domów królował sok malinowy. Nic dziwnego, bo również i w mojej piwnicy półki zastawione były litrami malinowego syropu. 
Nagrodzić bym chciała jak zwykle wszystkich, ale nagród jest tylko 6... Czytałam więc Wasze historie kilka razy, żeby być pewną swojego wyboru i oto wybrane komentarze:

I miejsce - Kasia
Jak zobaczyłam ten konkurs to nie miałam wyjścia, muszę się tu wypowiedzieć! ;) Teraz już dorosła, kochająca gotować, lubię wracać myślami do 'początków'. Czyli do ogromnej kuchni mojej babci w starej kamienicy! Ah co to były za czasy. To tam z moją kochaną babcią upiekłam pierwszy placek, który do dziś nie wiem dlaczego nazywa się w moim domu węgierskim. Mimo, że dom babci nie był na drugim końcu Polski i widywałam się z nią dość często (teraz nawet częściej! ;) ) to każda wizyta u niej była odkrywaniem. Były duże pokoje, długie i wysokie (a może to tylko dziecięca perspektywa?), łazienka, w której zawsze na Gwiazdkę pływały karpie i bawiliśmy się z nimi z kuzynem. Był też pokój dziadka, w którym trzymał swój przedwojenny rower i z namaszczeniem o niego dbał. Ale najwspanialsze przygody przeżywało się w kuchni. Była jasna, z dużym starym piecem i co najważniejsze ze spiżarnią, którą tak bardzo chciałabym kiedyś mieć! :) I to stąd pochodzą moje najlepsze kulinarne wspomnienia z dzieciństwa! Bo oprócz tego, że mogłam z babcią piec i gotować, szperać i chować się w spiżarni, to tylko u babci piłam napój przygotowany z syropu... Dziś gdy wybieram dżem, syrop czy jogurt, jednym z kryterium wyboru jest kolor :P musi być czerwony. Czyli w grę wchodzą takie smak jak wiśnia, truskawka czy malina. Natomiast jak byłam mała to u babci był syrop BRZOSKWINIOWY! To zdecydowanie jest smak mojego dzieciństwa, tych momentów kiedy rodziła się moja miłość to spędzania czasu w kuchni. Do teraz ten smak pamiętam a co lepsze, babcia nadal zaopatruje się w syrop brzoskwiniowy i gdy tylko jest okazja przenoszę się w tamte czasy za pomocą kubka z chłodnym i orzeźwiającym napojem... W tej chwili rozmarzona dziękuję organizatorom konkursu, że dzięki nim zamknęłam oczy i z uśmiechem na twarzy przewijam w pamięci dawne sytuacje. Czy jest coś piękniejszego niż wspomnienia? Dobrze, że umysł dba o nasze dobre samopoczucie zatrzymując to co dobre w naszej pamięci! :) syrop brzoskwiniowy zawsze spoko, zachowuje w sobie to co najlepsze, od smaku po wspomnienia! :) 

II miejsce - Anutek
Wisnie i ich nieziemski, ciezki, ulepkowato-cierpki zapach przynosza mi zawsze wspomnienie produkcji domowego soku wisniowego, kiedy bylam mala dziewczynka. 
Wisnie, ooo cale wiadro wisni, przyjezdzaly z rodzinnej wiochy mojej mamy zeby rozpanoszyc sie w calym naszym blokowiskowym mieszkaniu. Wisnie staly w kuchni, kapaly sie w wannie, pietrzyly pelnymi sloikami w przedpokoju.. 
Caly proces produkcji byl fascynujacy dla malej dziewczynki ale najwieksza niesamowitoscia, wynalazkiem z innego swiata, sredniowieczna maszyna tortur i tajemnica nieogarnieta byla ona - wielka, metalowa, zgola przedpotopowa... DRYLOWNICA do wisni :) Wisnie drylowalo sie w niej pojedynczo i trwalo to calymi godzinami a krwawa wisniowa posoka lala sie wokol strumieniami. Moglam przygladac sie temu cale wieki a czasem i mnie pozwolono pozbyc sie jakiejs pesteczki :)
Kocham zapach wisni

III miejsce - Renata D.
Dla mnie dzieciństwo kojarzy się nierozłącznie z malinowym syropem Paola. Zawsze u nas w domu był ten syrop i był wykorzystywany absolutnie do wszystkiego. Często na śniadanie mama robiła mi kaszkę mannę koniecznie polaną syropem malinowym. Na deser mama robiła domowy budyń waniliowy, podawała go w pucharkach a na wierzchu malowała esy floresy słodkim, czerwoniutkim syropem. Czasami był także pyszny kisiel zrobiony na syropie z dodatkiem ulubionych owoców. Ja zawsze robiłam sobie mieszankę wszystkich owoców jakie tylko były pod ręką. Latem jedliśmy lody polane syropem, albo sorbety z dodatkiem malinowego przysmaku. Uwielbiałam zlizywać roztapiające się lody ze swoich dłoni, które później kleiły się strasznie. Obowiązkowo do każdego posiłku latem piliśmy wodę z syfonu z sokiem malinowym. Uwielbiałam wpatrywać się w uciekające do góry różowe bąbelki i wsłuchiwać się w przyjemny psssssyyyyyyyttt. Latem dodawaliśmy do wody jeszcze zmrożone maliny, wtedy smak napoju był podwójnie malinowy.
Moja mama często jadła chleb posmarowany syropem malinowym, smakował wybornie, takie kromeczki świeżego chleba były lepsze niż wymyślne kanapki z wędliną, serem i innymi dodatkami. Mój tato za to dodawał syropu malinowego do herbaty, w takich ilościach, że herbata miała rubinowy kolor i była bardzo słodka. Ja również uwielbiałam herbatkę z syropem malinowym, szczególnie kiedy byłam chora piłam taką herbatę hektolitrami. Tato nie przepadał za słodyczami, ale nie mógł się obejść bez herbaty z dodatkiem syropu malinowego.
Pamiętam jak latem mrówki wchodziły nam do domu i wspinały się po butelce aby dostać się do słodkiego syropu. Trzeba było uważać żeby potem żadnej nie zjeść. Nie mogliśmy dać sobie z nimi rady, bo tak je ciągnęło do słodziutkiego syropu. Różne odstraszające aerozole czy granulki nie działały, domowe sposoby takie jak proszek do pieczenia również nie podziałał, ale jednak mama któregoś dnia wstawiła butelkę z syropem do miski napełnionej wodą. Tego niestety biedne mrówki nie umiały obejść i niektóre w poszukiwaniu słodkości skończyły swój żywot. Czasem znajomi się dziwili czemu trzymamy butelkę w misce z wodą, ale szybko przekonali się, że innego wyjścia nie ma. :) Nasze domowe zwierzęta też bardzo za nim przepadały, koty wylizywały każdą słodką kroplę, która przypadkiem skapnęła gdzieś na podłogę lub blat kuchenny. Często także starały się wylizywać szyjkę butelki, wtedy rodzice chowali ją go szafki a ja biedna musiałam się wspinać po taborecie aby ją dostać (butelkę oczywiście :)).
Do dziś dzień syrop Paola zawsze jest w moim domu. Mój mąż uwielbia pić go pomieszanego z gazowaną wodą mineralną. Ja wykorzystuję go często w kucharzeniu - rozcieńczonym syropem nasączam biszkopt, robię galaretkę z syropu lub dodaję do koktajli bądź zup owocowych. Przebojem stały się kostki lodu z zamrożonego syropu - dodane do drinka nie dość, że ładnie wyglądają jak kosteczki się rozpuszczają to jeszcze przełamują smak alkoholu swą słodkością. Mój mąż przygotowuje tzw "wściekłe psy" z dodatkiem syropu malinowego i kroplą tabasco.
Teraz kupujemy syrop Paola tylko w dużych 3 litrowych butelkach aby na dłużej wystarczył, chociaż i tak po tygodniu już mało co go zostaje. :)


Wyróżnienia otrzymują:
Gośka, Agateq i Muffinka :)

Dziękuję wszystkim za udział w konkursie, Zwyciężczyniom gratuluję i czekam na odpowiedź mailową z danymi do wysyłki nagród! :)


Kremowa kaszka manna z mango w syropie brzoskwiniowym. | KONKURS! :)

Dzisiejsza notka wciąż pozostaje w temacie wspomnień z dzieciństwa. Nie wiem jak Wy, ale od wielu lat niezmiernie uwielbiam 'kupną' delikatną kaszkę mannę. Jest idealna na śniadanie czy lekką kolację, a nawet na podwieczorek. Polana słodkim sokiem lub z dodatkiem ulubionej konfitury smakuje wybornie. Postanowiłam przygotować podobną w domu. Przecież taka kremowa kaszka manna nie może być wyczynem ekstremalnym ;) Minęło jednak troszkę czasu zanim udało mi się ustalić odpowiednie proporcje. Ale udało się. W efekcie w ciągu kilku minut można przygotować kremową kaszkę o idealnej konsystencji, intensywnie waniliową i po prostu pyszną. Żeby dodać jej nutki nowości i nie zjadać jej z konfiturą wiśniową czy dżemem truskawkowym, kaszkę zaserwowałam z dojrzałym mango skąpanym w syropie brzoskwiniowym Paola. Dziś, z okazji Dnia Kobiet, zafunduję sobie odrobinę rozpusty i przygotuję ją na kolację ;) A wszystkim Paniom, odwiedzającym Yummy Lifestyle życzę częstego uśmiechu na twarzy i samych słonecznych dni! :)))


Kremowa kaszka manna z mango w syropie brzoskwiniowym
Składniki (na 2 porcje):
  • 1,5 szklanki mleka 3,2%
  • 0,5 szklanki śmietanki 30%
  • 0,5 laski wanilii
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 2,5-3 łyżek kaszy manny
  • 1 dojrzałe mango
  • kilka łyżek syropu brzoskwiniowego Paola

Sposób przygotowania:
Mleko wymieszać ze śmietanką. Odlać pół szklanki mikstury, resztę podgrzać z przekrojoną wzdłuż wanilią. Kaszkę i cukier wymieszać z odstawionym mlekiem, a następnie dodać do gotującego się mleka waniliowego (po uprzednim 'wyłowieniu' laski wanilii ;) ). Stale mieszając gotować na niewielkim ogniu przez kilka minut. Podawać z mango pokrojonym w niewielką kostkę wymieszanym z syropem brzoskwiniowym.

SMACZNEGO!


Uwaga! Ogłaszam KONKURS! :))) 
Ostatnie dwa wpisy, jak pewnie zauważyliście, dotyczyły kulinarnych wspomnień z dzieciństwa. I mimo, że już niedawno był podobny konkurs, to właśnie takich wspomnień dotyczyć będzie konkursowe zadanie, ze względu na to, że marka syropów Paola nawiązuje do rodzinnego ciepła :)
A oto zasady:
1. Konkurs trwa od dziś do niedzieli 17.03 (do godz. 23:59)
2. Zadanie konkursowe polega na odpowiedzi na pytanie: "Który smak syropów Paola przypomina Wam dzieciństwo i dlaczego". Mile widziane niekonwencjonalne podejście do tematu :)
3. Odpowiedzi należy umieszczać w komentarzu pod notką, zostawiając także adres e-mail. Komentarze bez kontaktu e-mailowego nie będą brane pod uwagę w konkursie.
4. Organizatorem konkursu jest Yummy Lifestyle, a sponsorem nagród marka Paola.
5. Zwycięzcy będą wybrani na podstawie subiektywnej oceny wszystkich zgłoszeń.
6. Nagrodami w konkursie są:
I miejsce: książka Sigrid Verbert "Smakowite prezenty" + zestaw 2 syropów Paola
II miejsce: książka Carli Barda "Czekolada. 140 pysznych przepisów" + zestaw 2 syropów Paola
III miejsce: książka Nigela Slatera "Tost. Historia chłopięcego głodu" + zestaw 2 syropów Paola
+ dla 3 wyróżnionych osób zestawy 2 syropów Paola.
7. Zwycięzców wybiorę w ciągu 3 dni od zakończenia konkursu czyli do środy, 20.03, skontaktuję się z Nimi osobiście za pomocą maila. Na dane do wysyłki będę czekać przez kolejne 4 dni, czyli najpóźniej do 24.03.
8. Dane adresowe zostaną przekazane do Biura Prasowego Sponsora, które będzie się zajmować wysyłką nagród. 
9. W razie niejasności proszę o wysyłanie pytań na adres e-mail : konkurs.yummylifestyle@gmail.com

Domowy budyń waniliowy z syropem malinowym.

O jakim daniu myślicie, gdy przypominacie sobie czasy przedszkolne? Mnie niestety pierwsza na myśl przychodzi znienawidzona zupa mleczna. Gdy na talerzu na śniadanie pojawiała się ona, na mojej twarzy momentalnie malowało się niezadowolenie. Nie pamiętam jej smaku, ale dobrze wiem, że nie raz płakałam nad talerzem. Po mlecznej zupie jest duża luka i nie pamiętam nic. Musi to chyba oznaczać, że jedzenie nie odznaczało się niczym szczególnym i było po prostu zjadliwe. A później myślę o budyniu. Waniliowym, z malinowym syropem. Ten, w przeciwieństwie do zupy mlecznej, mogłam zjadać w podwójnej porcji, bez poganiania. Ostatnio naszła mnie ochota na dobry budyń i pomyślałam: dlaczego nie zrobić go samodzielnie, od podstaw? Zaglądnęłam do kilku książek, porównałam przepisy w sieci i po Miksturę wstało takie cudo. Gęsty, kremowy, mocno waniliowy, z dodatkiem białej czekolady, polany syropem malinowym. Do budyniu dodałam syrop firmy Paola. To połączenie przywołało błogie lata dzieciństwa i uśmiech na twarzy :) Jeśli chcecie się cofnąć w czasie, wypróbujcie przepis :))


Budyń waniliowy z białą czekoladą i syropem malinowym.
Składniki (na 2 porcje):
  • 2 szklanki mleka
  • 1/2 laski wanilii
  • ok. 50 g białej czekolady
  • 1 łyżka masła
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 2 żółtka
  • opcjonalnie 1-2 łyżeczki cukru waniliowego
  • kilka łyżek syropu malinowego Paola do podania

Sposób przygotowania:
1,5 szklanki mleka wlać do rondelka. Wanilię przekroić wzdłuż, wydrążyć ziarenka i dodać wraz ze 'skórką' do mleka, podgrzać. W ciepłym mleku rozpuścić mleko i czekoladę. (Jeśli lubisz bardzo słodkie desery dodaj cukier waniliowy, jeśli wolisz mniej słodkie, biała czekolada wystarczająco osłodzi budyń :) ) Mąkę rozmieszać z pozostałym mlekiem i żółtkami. Miksturę dodać do gotującego się mleka, zmniejszyć moc palnika i cały czas mieszając pogotować kilka minut, aż budyń zgęstnieje. Gotowy przelać do przepłukanych zimną wodą miseczek lub szklanek i polać syropem.

SMACZNEGO!


Śledźcie uważnie bloga, bo wkrótce pojawi się konkurs, w którym do wygrania będą 3 ciekawe książki i zestawy syropów Paola :)

Festiwal Pizzy.

Po dzisiejszym dniu będę się smażyć w piekle. Za nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Za ilość zjedzonej pizzy. Za czerpanie z tego przyjemności. I ogólnie za to, że objadłam się jak dziki bąk....
Ale od początku... Plan na dziś był inny. Miałam jechać do jednej z krakowskich restauracji i napisać o niej recenzję. Namówiłam Pana Be. by wybrał się ze mną na obiad. Wcześniej mieliśmy podjechać do pobliskiego centrum handlowego. Tak to jest jak się za szybko wydaje pieniądze i kupuje za ciasne buty - trzeba je później zwracać ;) I powiem szczerze, że ta wycieczka nie mogła się dobrze skończyć... Przypomnieliśmy sobie na miejscu, że przecież mamy tu PizzaHut, gdzie odbywa się obecnie Festiwal Pizzy. Za 24 zł (lub 29 zł w wersji z wielką dolewką) można jeść do woli. Pani kelnerka roznosi świeżo upieczoną pizzę i proponuje wszelakie smaki. Takim sposobem zamiast zjadać jeden rodzaj pizzy, można spróbować chyba każdej, jaka jest w karcie. Zdecydowaliśmy, że restauracja na Kazimierzu nam nie ucieknie i zostaniemy tutaj, bo bliżej później do domu... I przepadliśmy ;) Moje racjonalne odżywianie poszło na spacer, nie wspominając o wielkości porcji. Zgłosiliśmy chęć wzięcia udziału w Festiwalu, zamówiliśmy lemoniadę do picia (swoją drogą całkiem smaczną ;) ) i 3 minuty później na naszych talerzach wylądowały pierwsze kawałki pizzy. Muszę przyznać, że lubię ich ciasto, zarówno cienkie jak i to puszyste. Poza tym z uśmiechem na twarzy wspominam lata, można powiedzieć, dziecięce, gdy będąc kiedyś w Warszawie uczestniczyłam z bliską rodziną w "Akcji Celebracji" właśnie w PizzaHut. Wystarczyła najmniejsza okazja do tego by całą grupą krzyknąć "Akcja Celebracja" co skutkowało fajną promocją i bonusami wszelakimi ;)


Dziś korzystając z festiwalu spróbowałam 10 rodzajów (!!!!) pizz, wypiłam niezliczoną ilość lemoniady, a na koniec doprawiłam się mini deserami (jeden dostałam gratis za niepełny rozmiar drugiego ;) ). Po wyjściu czułam się jak niedźwiedź polarny, do domu wracaliśmy pieszo, w żółwim tempie, bo szybciej nie byliśmy w stanie ;) A teraz wynagrodzę mojemu organizmowi niezdrowe obżarstwo i będę ćwiczyć do upadłego, żeby spalić masakryczną liczbę kalorii ;) Nie linczujcie mnie, proszę, za jedzenie kupnej pizzy ;) Każdy czasem potrzebuje takiego odstępstwa ;)
A swoją drogą, jakie są Wasze ulubione pizze? :)








Zmień tryb życia na lepszy! :)

Nowy Rok sprzyja postanawianiu sobie różnych rzeczy. Jedni stawiają sobie za cel rzucenie palenia, inni obiecują sobie, że będą się bardziej przykładać do swoich obowiązków. Są tacy, którzy za punkt honoru stawiają sobie, spełnienie jednego ze swoich marzeń. Ale zdecydowanie najwięcej jest pewnie tych, którzy postanawiają: w tym roku schudnę. Muszę się przyznać, że nie raz wzmacniałam kręgi takich osób. Powiem Wam nawet, że udawało mi się ten cel osiągnąć. Szkoda tylko, że na krótko ;) W tym roku nie obiecywałam sobie, że schudnę. Postanowiłam, że zmienię swój tryb życia na lepszy, czyli zdrowszy. Żeby słowa sobie dotrzymać, jeszcze z końcem grudnia kupiłam karnet do klubu fitness. Wiedziałam, że jeśli wydam na coś większą kwotę pieniędzy, będę z tego korzystać ;) Ale to nie wszystko. Zmieniłam trochę swoją codzienną dietę i zaczynam odczuwać pozytywne zmiany w swoim organizmie, mimo, że minął dopiero miesiąc. Ale po kolei....


1. Ruch to zdrowie!
Nie od dzisiaj wiadomo, że sport to podstawa zdrowego trybu życia. Oto co udało mi się mądrego znaleźć na temat korzyści płynących z uprawiania sportu:
"Uprawianie sportu wciąga. Nabieramy energii i odnosimy wrażenie, że stajemy się lżejsi. Łapanie za torbę z kostiumem pływackim wejdzie nam w nawyk. “Coś” samo będzie nas pchać w stronę ruchu. Gdy się poczuje ten rodzaj energii trudno bowiem usiedzieć na miejscu. Co więcej szybko odkryjemy, że lepiej się wysypiamy, łatwiej odpoczywamy, szybciej regenerujemy siły, nie ulegamy przesileniom pogodowym i zwiększyła nam się odporność. Zmarźluchy przestają marznąć. Sport wpływa bowiem na wydolność naszego układu krwionośnego i oddechowego. Odpowiednio dobrany wysiłek fizyczny potrafi pomóc osobie np. z nadciśnieniem tętniczym, o ile nie ma innych zdrowotnych przeciwwskazań. Szybki spacer, jazda na rowerze czy pływanie potrafią obniżyć ciśnienie np. o 10 mmHg. Oczywiście musi być to skonsultowane z lekarzem! Dzięki dotlenieniu organizmu - z kolei osoby z niskim ciśnieniem (niedociśnieniem samoistnym) - będą się mogły przekonać, że dzięki rozszerzeniu naczyń krwionośnych, udrożnieniu ich, uelastycznieniu utracą uczucie senności, ospałości, zmęczenia.

Dzięki sportom nie tylko modelujemy sylwetkę czy pozbywamy się cellulitu. Możemy pracować równomiernie nad poszczególnymi grupami mięśni i przygotować ciało do konkretnych zadań. W tym zupełnie naturalnych. Kobietom wysportowanym o wiele łatwiej wrócić do dobrej formy, jeśli ćwiczyły. Do - nawet zaawansowanych miesięcy ciąży - można w porozumieniu z instruktorem uprawiać aerobik czy pływać. Sport pomaga również w rehabilitacji."
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym warto wspomnieć przy okazji sportu. Aktywność fizyczna poprawia bowiem nie tylko naszą kondycję i sylwetkę, ale także samopoczucie. Wszystko to za sprawą endorfin, czyli hormonów szczęścia, które są wytwarzane przez nasze mózgi. Dzięki nim, po wysiłku fizycznym, odczuwamy dużą przyjemność. Początkowo w to nie wierzyłam. Jak człowiek zmęczony i spocony może odczuwać radość?! Jednak moje podejście zmieniło się po pierwszych zajęciach zumby, w których uczestniczyłam. Z sali wyszłam zdyszana, przez godzinę zajęć wypiłam niemalże 1,5 litra wody, koszulkę miałam mokrą od potu, a nogi uginały się pode mną od wysiłku. Zdziwiłam się jednak, że zamiast być zmęczona odczuwam ogromną satysfakcję i radość! :) Przestałam być niedowiarkiem w kwestii sportowych endorfin. 
Pamiętajcie jednak, żeby stopniowo zwiększać wysiłek. Ja przyznam, że narzuciłam sobie zbyt duże tempo jak na początek co zaowocowało bólem kolan i zmniejszoną przyjemnością z ćwiczeń. Dlatego chwilowo ograniczam się do pilatesu i spokojnych ćwiczeń na strefie cardio, by za tydzień lub dwa wrócić na zumbę i bokwę :). Jeśli macie taką możliwość, przed rozpoczęciem ćwiczeń na siłowni umówcie się na spotkanie z trenerem. W 'moim' klubie fitness jest darmowy trening wprowadzający, z którego skorzystałam. Dzięki takiemu treningowi będziecie wiedzieć jak i na czym ćwiczyć, żeby osiągnąć zamierzony efekt i nie zrobić sobie przy tym krzywdy ;)


2. Zdrowa dieta to kolejny filar sukcesu!
I nie mówię wcale o dietach odchudzających, a o racjonalnym żywieniu. Podstawą jest śniadanie i wiem to od dziecka. Niestety od bardzo długiego czasu śniadanie było rzadkością w moim menu. Zjadałam je zazwyczaj tylko w weekendy. Odkąd mam swoje mocne postanowienie poprawy nie wychodzę z domu bez śniadania. Dzięki temu, mój organizm nie dopomina się burczeniem brzucha o jedzenie po 20 minutach od wyjścia na zajęcia, czy do pracy. Ważne, żeby śniadanie nie było zbyt ciężkie, bo spalanie go pochłonie masę energii i będziemy ociężali i ospali. Wybierzcie coś lekkiego, ale pełnowartościowego. Muesli, owsianka (której nie jadam, bo nie lubię ;) ). Ja wybieram najczęściej pełnoziarniste płatki z owocami, dosypuję do nich garść suszonej żurawiny, dla smaku i dla zdrowia, do tego mleko lub jogurt naturalny. W okresie wiosennym uwielbiam przygotowywać sobie tzw. 'wiosenne kanapki'. W ich skład wchodzi ciemne pieczywo, sałata, dobrej jakości delikatna wędlina, ser żółty, ogórek, pomidor, papryka, rzodkiewka, jajko ugotowane na twardo i szczypiorek, mnóstwo szczypiorku ;) Zazwyczaj wystarczą mi dwie takie kanapki (kromki mieszczące się bez problemu na dłoni), żeby mieć wypełniony brzuch ;) Staram się jeść regularnie, częściej, a mniej. Dzięki temu organizm cały czas jest na najwyższym poziomie spalania.


Ponadto niemalże całkowicie zrezygnowałam z fast foodów. Mówię niemalże, ponieważ gdy nie zdążę przygotować sobie nic do pracy odwiedzam 'restaurację' North Fish. Jakby nie patrzeć jest to chyba fast food, ale przynajmniej obiad mogę skomponować np. z grillowanej lub gotowanej na parze ryby, ryżu i świeżych surówek lub warzyw gotowanych na parze. Jadając tam mam względne poczucie 'zdrowego' odżywiania. ;)
Pamiętajcie jednak, że warto przygotowywać sobie posiłki do pracy/szkoły samodzielnie, nie koniecznie tego samego dnia. Wykorzystajcie wieczór na przyrządzenie smacznej sałatki, którą będziecie mogli na następny dzień bezpiecznie przetransportować w lunch boxie. 
I jeszcze jedno! Nawadniajcie organizm. Pijcie dużo wody, ale nie koniecznie w czystej postaci. Zielona herbata będzie idealna. Spowalnia powiem proces starzenia, przyśpiesza i ułatwia trawienie, a w zależności od sposobu parzenia może pobudzać lub relaksować. 


3. W zdrowym ciele zdrowy duch.
Uprawiacie sport, dbacie o zdrową dietę. Co jeszcze? Zadbajcie o zewnętrzną 'kondycję' ciała. Złuszczajcie martwy naskórek za pomocą peelingów. Nawilżajcie skórę balsamami. Paniom polecam przynajmniej raz w tygodniu urządzenie domowego salonu spa. Nałóżcie na twarz wygładzającą lub odżywczą maseczkę. Pamiętajcie o codziennej pielęgnacji i oczyszczaniu. Zmywajcie dokładnie makijaż, żeby pory skóry mogły 'oddychać'. Nie zapomnijcie też o dłoniach i stopach. Noście przy sobie krem do rąk, a po wieczornym prysznicu starannie wysmarujcie stopy balsamem. Dzięki temu dłonie będą Waszą wizytówką, a latem wysuszone pięty nie będą problemem powstrzymującym przed założeniem sandałów :)


4. Co z tym duchem?
Nie zapomnijcie o tym, że umysł też potrzebuje treningów :) Chwytajcie więc w wolnej chwili za książki, sięgajcie po matematyczne łamigłówkę. Pogłębiajcie swoje pasje i zainteresowania. Znajdźcie czas na relaks i odrobinę odpoczynku. Wysypiajcie się, by mieć dużo energii na podbój świata ;) Myślcie o sobie jak o całości: ciało+duch+umysł i pielęgnujcie każdy z jej fragmentów :)


Dzięki temu, Wasze samopoczucie na pewno będzie dużo lepsze i w swoim ciele będziecie się czuć idealnie! :)



Ciasteczka na Sylwestra - migawki z Sony.

Dziś ostatni post w roku 2012. Jest to swoją drogą zapowiedź tego, czym zacznę blogowanie w nowym, 2013 roku :) Stary i nowy rok połączę ciasteczkami Cranberry Noel, które robią ogromną furorę na forum kulinarnym CinCin. Odkąd jestem tam zarejestrowana, obiecywałam sobie, że upiekę je na Święta Bożego Narodzenia, ale ostatecznie zawsze wypadało mi to z głowy albo różnych różności było już tyle, że na ciasteczka nie było już miejsca. W tym roku czasu na świąteczne wypieki miałam niewiele, bo pracowałam do wigilii włącznie, więc chciałam przygotować coś pysznego i zarazem szybkiego. Kupiłam żurawinę i orzechy laskowe i postanowiłam, że czas najwyższy upiec ciasteczka. Powiem szczerze, że to był najlepszy wybór, ale dlaczego... to już w następnym poście :)

Póki co, życzę Wam szampańskiej zabawy sylwestrowej i wszystkiego co najlepsze na Nowy Rok. Niech nadchodzący 2013 rok będzie lepszy niż mijający 2012 :) 






A! I chciałabym się podzielić z Wami piękną panoramą widzianą ze stoku i z tegoż Was pozdrowić :) Spalam świąteczne kalorie ucząc się jeździć na desce! :) Muszę się nieskromnie pochwalić, że idzie mi coraz lepiej :) A Wy? Uprawiacie jakieś sporty zimowe? 




Blogowanie od kuchni. / KONKURS! Wygraj aparat Sony!

Moi Drodzy. Dzisiejszy post będzie troszkę nietypowy ;) Prowadziłam bowiem tydzień temu prelekcję na temat blogowania w ramach festiwalu Mentorzy e-Biznesu odbywającego na mojej uczelni. Z słuchaczami podzieliłam się moimi spostrzeżeniami dotyczącymi prowadzenia bloga po dość długim czasie blogowania, bo Yummy Lifestyle istnieje już ponad 4 lata! O wyciągniętych z 'wykładu' wnioskach możecie przeczytać na portalu lovekrakow.pl w artykule Kraków bloguje. Pomyślałam, że nie będzie złym pomysłem kontynuowanie opowieści o moim blogowaniu właśnie tu. W związku z tym pokażę Wam dzisiaj jak powstają moje posty, od początku do końca :)


Lasagne bez konserwantów. KONKURS!

Dostałam na początku listopada propozycję dołączenia do akcji 'Karton zamiast konserwantów'. Zapoznałam się z ideą i pomyślałam: dlaczego nie? Promocja dotyczy produktów w kartonach Tetra Pak, które są pasteryzowane, dzięki czemu pozbawione są konserwantów, a zachowują swoją świeżość i trwałość przez długi czas. Moim zadaniem, w ramach współpracy, było przygotowanie przepisu, którego składnikiem będzie przynajmniej jeden produkt z paczki 'zgodnej z naturą', czyli wypełnionej różnościami w opakowaniach Tetra Pak. Do wyboru miałam: 3 opakowania przecieru pomidorowego Podravka, przecier pomidorowy Łowicz, groszek i kukurydzę konserwową Kwidzyn (te dwa produkty zaskoczyły mnie najbardziej! Zamiast puszki - kartonik, który ma 'system łatwego otwierania' ;) ), sok 100% Złote Jabłka z Hortexu oraz Karotka Fortuny. Ponadto z przyjemnością informuję, że dodatkowym zadaniem jest przeprowadzenie konkursu dla moich Czytelników, ale o szczegółach za chwilę :)


Dynie. Halloween. Nowa zabawka.


Ostatnio wspominałam Wam o wizycie na Starym Kleparzu. Poszłam tam w konkretnym celu. Chciałam upolować ładną dynię. Oczywiście, jak to ja, na jednej dyni się nie skończyło. Wróciłam do domu z bakłażanem, siatką szpinaku, dorodnym granatem i woreczkiem świeżej żurawiny. Wszystko to za sprawą sprzedawczyni, na którą trafiłam. Zatrzymałam się przy jej stoisku i zapatrzyłam na kolorowe warzywa. 'Coś ci podać serduszko?' zapytała. Jak mogłabym odejść z pustymi rękoma? :) Powiedziałam, że mam dwie sprawy: szukam dobrej dyni na ciasto i chciałabym zrobić kilka zdjęć, czy nie będzie miała nic przeciwko. 'Nie ma problemu, Kochanieńka! Coś Ci przestawić do tych zdjęć? Odwrócić?'. Złota kobieta! Zacisnęłam dłoń na maleństwie, które spoczywało w kieszeni i zaczęłam robić zdjęcia. Co mnie zaskoczyło - kompakt robi tak ładne zdjęcia! Z takim kontrastem i jakością! Nie wiem czy ktoś z Was pamięta post o aparacie Sony. Dla przypomnienia odsyłam do notki. Od października mam tego malucha w domu i muszę powiedzieć, że jest świetny :) I mam dla Was bardzo dobrą wiadomość. W listopadzie na blogu pojawi się konkurs, w którym do wygrania będzie ten właśnie aparat! :))


Mając już dynię, mogłam przystąpić do robienia pierwszego w swoim życiu lampionu dyniowego. Nie uwierzycie, jaką frajdę sprawiło mi wycinanie własnego Jack O' Lantern. ;) Bawiłam się przy tym jak dziecko i byłam niesamowicie dumna z efektu końcowego (choć mój lampion nie jest nie wiadomo jakim arcydziełem ;) ). Dziś świecąca dynia będzie ozdobą mieszkania ;) 

A na koniec halloweenowy stół. Dziś będzie co prawda bez przepisów, ale obiecuję, że jeszcze w tym tygodniu pojawią się oba :) Na dzisiejszy dzień przygotowałam red velvet cupcakes (inspirowane tymi z bloga Moje Wypieki) oraz ciasto dyniowe, na które przepis powstał spontanicznie :) Przyszykujcie więc suszone figi, trochę whisky i dynię oczywiście, jeśli chcecie go wypróbować :) A co do zdjęć... Musiałam wypróbować wszystkie opcje w aparacie, bo należę do ciekawskich osób. Jak każdy kompakt, również i ten ma różne tryby fotografowania. Rozbawiła mnie opcja robienia ze zdjęć ilustracji, bezpośrednio w aparacie. Wychodzą tak urocze, że nie mogłam się powstrzymać, żeby Wam ich nie pokazać ;) Dlatego też na koniec 'zilustrowany' stół halloweenowy ;) A Wy? Jakie macie plany na dziś? :)